Pozory mylą


IMG_7014.JPG

W styczniu udałem się na długo oczekiwany koncert Royal Blood który odbył się w Berlinie. Zanim przejdę do meritum, muszę napisać że Berlin nastraja mnie bardzo optymistycznie do życia. To jest taka tkanka miejska, która zawiera w sobie zarówno tzw. “ą” i “ę” czyli: biurowce, business, centra handlowe a po drugiej stronie squaty, dziwne miejsca gdzie kwitnie życie “undergorundu”. Astra Kulturhaus jest miejscem gdzie trafiłem właściwie tylko dzięki GPS i bacznemu wyglądaniu jakiejkolwiek kolejki do jakichkolwiek drzwi. Klub znajduje się na poprzemysłowych terenach niedaleko rzeki Sprewy, w niedużej odległości od centrum miasta. Nie ma na nim żadnego szyldu, loga, znaku rozpoznawczego. Miejsce niezwykłe min. z tego powodu że pod przykrywką rudery, kryje się klimatyczny klub zaadaptowany z jakiejś DDRowskiej stołówki, restauracji czy czegoś w podobnym stylu. Przejdźmy do sedna sprawy: początek wpisu sugerowałby, że poświęcę go koncertowi jakże zasłużenie modnego zespołu “Royal Blood” a tu niespodzianka, będzie o Mini Mansions, który pełnił rolę supportu. Przyznam że muzyka tego zespołu przewija się od dłuższego czasu przez moje serwisy społecznościowe i inne takie. Zwróciłem na to uwagę jako wielki fan Queens Of The Stone Age, ponieważ członkiem Mini Mansions jest niejaki Michael Shuman aka Mickey Shoes, który od kilku lat piastuje urząd basisty w QOTSA. Pierwszy kontakt z ich muzyką zaowocował myślą: WTF? Bassman - macho z mojej ulubionej kapeli naparza w jakimś hipsterskim projekcie, gdzie nucą sobie jakieś post-beatlesowskie przyśpiewki. To nie wypada Panie Shuman. OK supportują Royal Blood, zatem posłucham i jakoś z bólami przetrwam te 40 min. “pitolenia”. Wychodzą trzej przystojni panowie na scenę. Klawiszowiec Tyler Parkford wygląda jakby na co dzień raczył swoimi nutami nowożeńców, bassman Zach Dawes, człowiek o charakterystycznych rysach twarzy dzierży w dłoni fajny bass i na koniec Michael Shuman stojący za zestawem perkusyjnym składającym się z werbla, floor toma, hihatu z tamburynem i talerza typu ride, w utworze “Death Is A Girl” Mickey sięgnął po gitarę. Wszyscy w szykownych garniturach, Mickey Shoes pośrodku w białym gangu wyglądał najbardziej “gwiazdorsko”. Padają pierwsze dźwięki, biję się z myślami, że jakaś część zespołu legendy właśnie zaczyna “dawać dupy”. Ale jakież ogarnia mnie zdumienie, numery które znałem z ich pierwszej płyty, te na które pisoczyłem, na żywo nabierają zupełnie innego wymiaru. Nie jest to już “pitolenie” a pojawia się perfekcyjnie zaaranżowany i wykonany materiał. Shuman okazuje się wytrawnym “bębniarzem”, doskonale napędzającym całe trio. Może i nie ma za idola Dave Weckla (sic!) ale wie co to groove i sążny beat, wspomagany umiejętnym pieszczeniem hihatu. Wspomniany wcześniej weselny klawiszowiec, to człowiek o fajnym głosie który wie co to chwytliwa melodia, bassman swoim basem okraszonym świetnym gruzem z fuzza nadaje całej muzyce alternatywny sznyt, który mnie trafia w samo serce. Numery takie jak “Monk”, “Wunderbars” oraz “Vertigo” czy “Death Is A Girl” z nadchodzącego drugiego albumu powodują we mnie przemiłe uczucie muzycznej ekstazy połączonej z nieukrywanym zdumieniem. Aranżacja i doskonałe wykonanie linii wokalnych śpiewanych przez duet Shuman - Parkford to temat na osobny wpis. Uważam że panowie z Mini Mansions zawojowali ten wieczór, Royal Blood stali się równorzędną gwiazdą a momentami ich muzyka zdawała się być przebojowa ale niestety trącąca nutką banału i scenariusza amerykańskiego filmu klasy B gdzie każdy następny ruch głównego bohatera jest przewidywalny. To był zdecydowanie udany wieczór.

16 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie