Nie byłem przygotowany na wpierdol ...
- Szymon Swoboda

- 2 dni temu
- 4 minut(y) czytania

fot. materiały prasowe The Bobby Lees
Pewnego razu, doceniając bądź co bądź wynalazek, jakim są serwisy streamingowe, kliknąłem w jednym z nich zakładkę: nowości. No i zaczęła lecieć sobie muza z głośników. Leci sobie i leci, w sumie nic ciekawego, aż tu nagle... jeb!!!
Słucham, słucham i moje uszy coraz bardziej są zadowolone z tego, co słyszą. Odtwarzany był utwór „Red Hot" zespołu The Bobby Lees. Nic mi ta nazwa nie mówiła, ale to był koniec niewiedzy. Zaraz kliknąłem, żeby przesłuchać cały album. No i się nie zawiodłem. Utwór „Red Hot" jest podlany punkowym nawozem i zapierdziela jak hot rod po dziurawej Route 66. Reszta płyty w niczym mu nie ustępuje. Mowa oczywiście o albumie "New Self" amerykańskiego zespołu The Bobby Lees.
Od razu napiszę coś, co oczywiście nie mogło mi umknąć, mianowicie brzmienie albumu. Jest naprawdę fenomenalne. Podczas przesłuchiwania tej dość nudnej playlisty i przeciętnie brzmiących numerów, The Bobby Lees zjawili się jak pięść, która zatrzymuje się dopiero na twojej twarzy. Nie można było przejść obok tego obojętnie. To też pstryczek w nos dla wszystkich wyznawców home recordingu, którzy są święcie przekonani, że sami wykręcą światowy sound na ewaluacyjnej wersji Reapera. Nie, to się nie wydarzy. Album nagrano w legendarnym studio Sunset Sound w L.A. A utwory „New Self" (absolutny banger) oraz „Give" wyprodukował i zmiksował niejaki Dave Sardy, który jest znany m.in. ze współpracy z Oasis, Slayerem, Marilynem Mansonem, The Dandy Warhols i Wolfmother. Jego udział prawdopodobnie częściowo tłumaczy, dlaczego nowe nagrania brzmią szerzej, ciężej i „bardziej" niż inne piosenki na playliście. Resztę płyty niemniej udanie wyprodukował Alex Pasco. Doskonała robota. Ale wróćmy do zespołu.
Co się dowiedziałem o tej ciekawej kapeli: amerykańska grupa powstała w Woodstock w stanie Nowy Jork, ale z hipisowskim spokojem ma mniej więcej tyle wspólnego, co młot pneumatyczny z muzyką relaksacyjną. Na jej czele stoi Sam Quartin — wokalistka, gitarzystka, autorka piosenek i liderka zespołu. Obecnie The Bobby Lees tworzą również basistka Kendall Wind oraz perkusista Macky Bowman. Oficjalna biografia grupy przedstawia ich muzykę jako próbę przywrócenia punk rockowi dzikości i poczucia zagrożenia — i trzeba przyznać, że plan został wykonany aż nazbyt skutecznie.
Quartin nie śpiewa tak, jakby chciała przekonać jurorów talent show, że zasługuje na przejście do następnego etapu. Śpiewa raczej jak osoba, która właśnie odkryła, że ktoś zjadł jej ostatni kawałek pizzy, porysował i tak już steraną gitarę i jeszcze zapytał, dlaczego jest zdenerwowana. Jej głos potrafi przejść od chłodnego, niemal obojętnego tonu do wrzasku.
Po prostu robi swoją robotę tak, jak robili to i niektórzy nadal robią, najlepsi w swoim fachu.
Nie bierze jeńców, nie mizdrzy się do organizatorów "Męskiego Grania" ugrzecznioną formą.
Ona jest graniem, muzyką, treścią, emocją i wkurwem. To jedna z tych frontmanek, przy których trudno wyobrazić sobie, żeby przed koncertem mówiła do zespołu: „Zagrajmy bezpiecznie i nikogo nie przestraszmy". Jej sposób śpiewania jest nerwowy, nieprzewidywalny i teatralny, ale nie brzmi sztucznie. Nawet najbardziej chaotyczne momenty sprawiają wrażenie całkowicie kontrolowanych — jak pożar nadzorowany przez osobę, która sama przyniosła zapałki. Nie byłbym sobą, gdybym nie zauważył gry bębniarza. Macky Bowman gra jak maszyna, ale z zajebistym feelingiem, ciągnie numery jak ruski traktor z dwudziestoskibowym pługiem wbitym na metr w ziemię. Nie gorsi są pozostali członkowie i członkinie zespołu. Niektóre numery oparte są tylko na perce i basie, a i tak niczego im nie brakuje.
W nagraniach uczestniczyli:
Sam Quartin – wokal, Macky Bowman – perkusja, Kendall Wind – bas, Nick Casa – gitara.
„New Self" jest czwartym albumem zespołu i pierwszym wydanym przez znakomitą wytwórnię Epitaph Records. Płyta otwiera nowy rozdział w działalności grupy, która po problemach finansowych i przerwie wróciła do grania z jeszcze cięższym, bardziej bezpośrednim brzmieniem. W nowych nagraniach słychać wpływy rap-rocka, Beastie Boys oraz Rage Against the Machine, choć The Bobby Lees nie tracą swojego garażowo-punkowego charakteru. Album nie jest szczególnie subtelny. Nie znajdziemy tu wielu dźwięków przypominających spadające płatki śniegu ani siedmiominutowych wstępów nagranych na misach mających rozedrgać wasze fale alfa. Są za to krótkie, bezczelne kompozycje, brudne riffy, gwałtowne zmiany dynamiki i refreny, które zaczynają mieszkać w głowie bez pytania się o zezwolenie na pobyt stały.
Momentami ta intensywność może męczyć, ale tylko tych „miękkich". Po przesłuchaniu całego albumu człowiek czuje się trochę tak, jakby przez czterdzieści minut stał obok włączonego silnika odrzutowego, który dodatkowo miał do niego pretensje o wszystko. Nie jest to jednak wada wynikająca z braku pomysłów. To świadomie przyjęta estetyka: głośna, niekomfortowa i pełna charakteru. Muza, która ocieka rockandrollem. Dodatkowo zespół dołożył do płyty znakomicie wykonany cover PJ Harvey — „50ft Queenie" z płyty „Rid of Me" (I tell you my name, F-U-C-K... itd.)
„New Self" pokazuje zespół, który nie próbuje dopasować się do bezpiecznej definicji współczesnego rocka. Jest zupełnym zaprzeczeniem tego, co masowo zalewa np. polskie szołkejsy: smutne piosenki o bolącym... nie powiem czym. Sami wiecie ;) The Bobby Lees grają tak, jakby nadal wierzyli, że muzyka gitarowa powinna czasami brzmieć niebezpiecznie, dziwnie i trochę niezdrowo. Oczywiście że tak powinna brzmieć. Krytycy zwracają uwagę, że mimo trudnego okresu grupa powróciła na tym albumie wyjątkowo pewna siebie, podążając za własnymi pomysłami bez oglądania się na oczekiwania innych.
Ocena: 8,5/10
Pół punktu odejmuję wyłącznie dlatego, że po odsłuchu mój spokojny pies hawańczyk zaczął rozważać założenie zespołu hardcore'owego, a przecież i bez tego głośno ujada na wiewiórki i koty.
Ps. Najprościej można więc opisać „New Self" jako The Stooges i The Cramps przepuszczonych przez Beastie Boys, Rage Against the Machine i produkcję Dave'a Sardy'ego.
Autor tekstu:
Szymon Swoboda

Komentarze