Dziady dowalili do pieca.
- Szymon Swoboda

- 1 dzień temu
- 6 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 18 godzin temu

fot. materiały prasowe zespołu
The Rolling Stones – "Foreign Tongues"
Gdzieś tam na świecie musi istnieć eliksir młodości – i choć dawno to podejrzewałem to teraz wiem że to oni najwyraźniej go mają i nie wahają się go użyć. Pewnie duże zapasy schowali w jakiejś butli w Metropolis Studios, gdzie jak słychać, dobrze się bawili. Bo szczerze: panowie po osiemdziesiątce, którym już dawno powinno się proponować fotel bujany i kocyk na kolana, zamiast tego wchodzą do studia i walą płytę, która kopie mocniej niż większość debiutów dwudziestolatków z playlisty "Fresh Finds". "Foreign Tongues" to najlepszy dowód na to, że wiek to tylko liczba na dowodzie osobistym, jeśli w żyłach nadal buzuje rock'n'roll i nie tylko ... ale nie o tym ;)
Zacznijmy od najważniejszego, bo inaczej się nie da: kondycja wokalna i nie tylko Micka Jaggera. To wprost nie do wiary że gość który przeżył już 83 lata na tej Ziemi wciąż tryska taką energią że wydaje mi się jakby dzisiejsi dwudziestolatkowie byli już od 5 lat na emeryturze. Klasa sama w sobie i choć nikomu już nic nie musi udowadniać, pokazuje kto wciąż rządzi na rockowym firmamencie. Rock, blues, soul, disco wciąż są doprowadzone do stanu wrzenia w jego umyśle i ciele. Drugi to Steve Jordan który w niczym nie ustępuje Charliemu Wattsowi, a w kwestii groove'u śmiało można powiedzieć, że go przewyższa. Wiem, wiem – jeszcze kilka lat temu takie zdanie ktoś by przypłacił linczem na każdym forum fanowskim. Watts był świętością, metronomicznym sercem tej maszyny od pół wieku. A jednak jego następca gra z taką swobodą, że już pierwsze "Rough and Twisted" brzmi bardziej żywo niż cokolwiek, co Stonesi nagrali od dekad. To nie jest naśladowanie mistrza – to raczej "trzymam kciuki za ciebie, ale i tak zrobię to po swojemu, thanks Charlie".
Dwudziesta piąta płyta Stonesów sama w sobie broni się doskonale na wielu frontach. "Rough and Twisted" to ich typowy, błotnisty blues-rock, gdzie gitary Richardsa i Wooda gadają ze sobą jak stara małżeńska para – w końcu ich duet trwa od "Some Girls" z 1978 roku i wciąż ma "to coś". "In the Stars" ucieka w stronę bardziej melodyjnego, popowego grania rodem z wczesnych lat osiemdziesiątych, a "Jealous Lover" to zaskakująco udana wycieczka w stronę duszy i disco – Jagger wyciąga swój charakterystyczny falset niemal jak z Bee Gees, a w tle na Rhodesie i organach majstruje Steve Winwood, który zresztą podpisuje się pod dobrą połową płyty (podobno dziewięć z czternastu utworów). Słuchając niektórych numerów mam wrażenie że cofnąłem się w czasie i właśnie wszedłem na dyskotekę podczas kolonii w 1986 roku :) Muzyka jest świeża, kompozycje doskonałe do słuchania, produkcja soczysta. Moim zdaniem nic lepszego nie wypuścili od Bridges to Babylon z 1997 roku. Jedną z kwestii drażliwych dla "krytyków" jest cover Amy Winehouse "You Know I'm No Good". Moim skromnym zdaniem Jagger jak cały zespół zrobił robotę doskonale, nie wywracając numeru do góry nogami ale po prostu rzetelnie go wykonując. Ja jeszcze słyszę odrobinę romansu z klimatem Silk Sonic w niektórych utworach ale w nieco twardszym wydaniu. Jak się za chwilę okaże Bruno Mars gdzieś się też zaplątał w creditsach tej doskonałej płyty.
Gości na tej płycie jest tylu, że można by z nich zrobić osobny festiwal. W "Divine Intervention" na gitarze gra Robert Smith z The Cure – Jagger opowiadał później anegdotę, jak w studiu natknął się na "gościa w długiej sukni, całego w szmince", który okazał się być właśnie liderem The Cure, i od razu zaprosił go do wspólnego grania. Efekt jest zaskakująco subtelny: jeśli ktoś nie wiedziałby, że to on, mógłby przegapić jego udział w całości. Podobno Smith użyczył gitary jeszcze na jednym utworze, ale tego oficjalnie nie zdradzono – niech będzie mała zagadka dla fanów. Ja na przykład nie wiem jeszcze gdzie pojawia się po raz drugi.
W "Covered in You" na basie gra sam Sir Paul McCartney (nagranie z sesji do "Hackney Diamonds"), a w rozbrykanym "Never Wanna Lose You" na kowbelu, ledwo słyszalnym w miksie, udziela się sam Bruno Mars – co brzmi jak dobry żart, ale jest jak najbardziej prawdziwe. Hey Bruno! Give me morwe cowbell" ;) Organowego kolorytu dokłada też Benmont Tench z The Heartbreakers od Toma Pettyego. A w "Hit Me in the Head" słyszymy Charliego Wattsa, nagranego tuż przed jego śmiercią w 2021 roku – to rockowy, mocno napędzany numer, który brzmi jak pożegnanie i hołd jednocześnie. Płytę zamyka akustyczna wersja "Beautiful Delilah" Chucka Berry'ego, gdzie na "concert bass drum" zasiada Chad Smith z Red Hot Chili Peppers – czuły, kameralny ukłon w stronę korzeni. Czyż nie jest to barwny korowód gości? Dla mnie sztos godny legendy.
A teraz coś dla takich jak ja, czyli tych którzy zamiast tekstów piosenek czytają najpierw credits na okładce – bo tu jest naprawdę co smakować. Materiał powstawał w dwóch miejscach: w londyńskim Metropolis Studios oraz w Henson w Los Angeles, a sesje rozłożyły się na kilka nierównych fal – 2019, 2022–2023 i 2025–2026. Mimo to trzon płyty, dziesięć z czternastu utworów, zespół nagrał w Metropolis w niecały miesiąc. Miesiąc! Od pomysłu, po gotowe nagranie. Niektórzy tyle czasu spędzają na wybieraniu tytułu piosenki w wiecznie ewaluacyjnym DAWie na R ;)
Za tym tempem stoi filozofia, którą sami nazwali "bulldozer approach" – dosłownie podejście buldożera. Jagger tłumaczył to tak: kiedyś potrafili siedzieć w studiu całą noc, próbując "wymyślić" piosenki, które tak naprawdę jeszcze nie istniały, przeżuwając każdy pomysł na miazgę, aż w końcu ktoś mówił "nie, to jednak nie zagra". Tym razem postanowili to olać – buldożer wjeżdża, nagrywa, jedzie dalej, zanim ktokolwiek zdąży się nad czymkolwiek za bardzo zastanowić. Zero czasu na wątpliwości, zero miejsca na wewnętrznego krytyka z brodą siedzącego w kącie studia (to nie o mnie mowa). Kto mnie zna ten wie i pamięta że dla mnie najważniejszą zasadą była zasada "przeczucia", pierwszy pomysł jest przeważnie najlepszy.
Za produkcję po raz drugi z rzędu odpowiada Andrew Watt (ten sam, który zgarnął Grammy za wcześniejszą płytę Stonesów "Hackney Diamonds"), a przy okazji sam też grzebał przy konsolecie jako inżynier dźwięku, razem z Paulem LaMalfą i Marco Sonzinim. W wywiadzie dla "The Telegraph" Watt zdradził, że tym razem postawił na rejestrowanie zespołu grającego na żywo w studiu – bo Stonesi, jak sam mówił, nigdy nie zagrają tego samego dwa razy tak samo, więc jedynym sensownym podejściem było łapanie najlepszych momentów na bieżąco, w rytmie tego, co akurat działo się w pokoju. Praktyczne rozwinięcie buldożerowej filozofii: najpierw instynkt, dopracowywanie zostawmy na później (albo wcale). I to słychać! Szczerze mówiąc odsłuchując tą płytę pierwsze kilkanaście razy miałem wrażenie graniczące z pewnością że jest to materiał nagrany "na setkę". Okazało się że To nie jest więc dosłownie "setka" w sensie – każdy utwór zarejestrowany za jednym podejściem bez nakładek (tak jak np. część nagrań na płycie "Stripped" z 1995 roku, robionych bez overdubów) – ale filozofia jest bardzo zbliżona: świeżość i pierwszy instynkt ponad wielogodzinne dłubanie w utworze. To też tłumaczy, dlaczego album brzmi tak żywo i "garażowo" pomimo współczesnej, dopracowanej produkcji Andrew Watta. Ja dałem się "nabrać".
Sam Watt bez owijania w bawełnę przyznał, że "Foreign Tongues" podoba mu się bardziej niż poprzednik – mimo sentymentu do "Hackney Diamonds" określił nowy materiał jako brzmiący surowiej, bardziej na żywo i bardziej jamowo, a partie gitarowe Richardsa nazwał wręcz szokującymi w dobrym sensie. Trudno się dziwić entuzjazmowi, skoro człowiek codziennie chodzi do pracy, żeby posłuchać, co dziś wymyśli Keith Richards. A ten jak zwykle czaruje swoim specyficznym stylem gry i po prostu obłędnym brzmieniem.
Ta filozofia "łapania momentu" ma bezpośrednie przełożenie na warstwę miksu. Za miks większości utworów odpowiada Serban Ghenea w swoim studiu MixStar w Virginia Beach, z asystą Bryce'a Bordone'a. Wyjątkiem jest zamykający płytę cover "Beautiful Delilah" – ten zmiksowali sami Watt i LaMalfa, co pasuje do jego bardziej intymnego, kameralnego charakteru. Dodam też na koniec że dla mnie płyta brzmi "stadionowo". Człowiek słuchający ma wrażenie przebywania na jakimś dużym evencie mimo że słucha płyty. Nie jest to też zabieg nachalny, płyta jest tak okraszona przestrzenią że wychodzi się dużo dalej poza pomieszczenie w którym się tego słucha. Wszystko dopiął na ostatni guzik swoim masteringiem Randy Merrill.
Daje się zauważyć czasami duży rozjazd w opiniach o brzmieniu w zależności od nośnika: winyl chwalony jest za lepszy balans dynamiki i możliwość słuchania na wysokiej głośności bez bólu uszu, a wersja CD bywa krytykowana za przesadną kompresję i pewną szorstkość przy głośniejszym odsłuchu – klasyczny grzech "loudness war", do którego produkcje Watta mają zresztą pewną słabość. Dla mnie nie jest to słabość, wszystko gra doskonale a tą płytę na winylu i tak i tak trzeba mieć. Można więc w aucie walić w ucho "loudness war" a w domu delektować się dynamiką mastera winylowego.
Czy to ostatnie słowo Stonesów? Sami nie wiedzą, i chyba w gruncie rzeczy nawet ich to nie obchodzi – buldożer jedzie dalej, dopóki ma paliwo. Paliwo wiadomo jakie, a przecież od dawna wiadomo że sport jest bardziej niebezpieczny od rockadrolla: Maradona nie żyje a Richards i Jagger i Wood żyją ... i to jak! A jeśli to naprawdę pożegnanie, to trudno o bardziej godne. "Foreign Tongues" nie jest tylko udanym postscriptum do "Hackney Diamonds" – to płyta, która moim zdaniem grubo przebija poprzednika i przypomina, dlaczego ci faceci od sześćdziesięciu lat rządzą sceną rockową, nawet jeśli powinni już dawno przejść na emeryturę. Moim zdaniem wznieśli sobie pomnik trwalszy od spiżu.
Simon Svoboda
Ocena: zaaajebiste




Komentarze