top of page

Jazz bez kija w dupie ... czyli jak ich muzyka wciąga nawet nie-jazzowych ludzi

GoGo Penguin w Seattle (wikimedia commons)
GoGo Penguin w Seattle (wikimedia commons)

Przyznaję bez bicia: nie jestem wytrawnym kopaczem w pokładach światowego jazzu. Zaglądam tam raczej okazjonalnie — z ciekawości, z potrzeby świeżości, czasem z nadzieją, że coś mnie porwie albo chociaż na moment zatrzyma i zaprosi do swojego świata. Bez wykładu. Bez indeksu uczelni muzycznej.

I właśnie w taki zupełnie nieplanowany sposób trafiłem na koncert tria z Manchesteru. Trio nazywa się GoGo Penguin i — co od razu warto powiedzieć — zdecydowanie nie ma kija w dupie.

To jazz, który groovi, a nie pręży mięśnie. Bez akademickiego nadęcia, bez solówek dla samej solówki, bez muzycznej siłowni napędzanej białkiem i proteinami z kartki nutowej. Zamiast tego jest puls, flow i granie, które oddycha.


Fortepian, który udaje elektronikę


Pianista Chris Illingworth ewidentnie szuka dla fortepianu nowego wymiaru. Czasem tłumi struny taśmą klejącą (tak, wiem — „o boszszsz, mój Stejnłej!!!”), ale robi to tak subtelnie i organicznie, że trzeba się naprawdę wsłuchać, żeby w ogóle zauważyć, że coś jest „kombinowane”.

Powtarzalne, hipnotyczne motywy fortepianu potrafią wprowadzić w błąd — można pomyśleć, że to elektronika. Nic bardziej mylnego. To granie w 100% na żywo, na starych, dobrych, olschoolowych instrumentach. I właśnie w tym tkwi mistrzostwo. Budowanie opowieści bez słów wychodzi im podejrzanie dobrze.


Groove zamiast popisów


Sekcja rytmiczna — Nick Blacka (kontrabas / bas) i Jon Scott (perkusja) — prowadzi groove tak, że utwory same płyną przez uszy. Nie ma tu popisów ani „patrzcie, co potrafię”. Ta muzyka jest popisem sama w sobie.

Trochę jak włoska kuchnia: kilka składników, żadnych fajerwerków, a smak zostaje na długo. Minimalizm i koncentracja sprawiają, że GoGo Penguin przyciąga nawet tych, którzy z jazzem na co dzień raczej się nie przyjaźnią. Nie ma lidera, szefa ani „najlepszego”. Wszyscy są równi wobec muzyki. Efekt? Zespół działa jak jeden organizm — maszyna, która wciąga nas w swoje tryby groove’u.


Północ, cisza i deszcz za oknem


To nie jest muzyka, która krzyczy. Emocje są obecne, ale podane z dystansem: melancholia, spokój, czasem lekki niepokój. Bez teatralności. Bez przesady. Na żywo słychać to jeszcze wyraźniej — dźwięki mają przestrzeń, mogą wybrzmieć, a cisza między nimi jest równie ważna jak same nuty.

Słuchając koncertu „From the North – Live in Manchester”, bardzo szybko dochodzi do człowieka, że ta muzyka nie mogła powstać nigdzie indziej. Jest mocno zakorzeniona w Manchesterze — nie przez stylistyczne cytaty, ale przez klimat, mentalność i sposób myślenia o muzyce. Przyznam się bez wstydu: czasem, słuchając ich i zapominając o świecie, odwracam głowę w stronę okna, żeby sprawdzić, czy aby na pewno nie pada.


Dlaczego akurat live?

Celowo nie skupiam się na żadnej konkretnej płycie. Moim skromnym zdaniem ta sesja live daje więcej GoGo Penguin niż ich albumy studyjne. Manchester to miasto pracy i rzemiosła — i dokładnie tak działa to trio. Bez pozy. Bez gadania. Po prostu robią swoje.

I robią to cholernie dobrze. (link do koncertu poniżej)


Pozdro

Simon Svoboda


 
 
 

Komentarze


bottom of page